Dary Anioła: Miasto kości (2013) – Recenzja

miasto kości - plakatTytuł oryginalny: The Mortal Instruments: City of Bones
Gatunek: Dramat, Fantasy
Rok produkcji: 2013
Kraj produkcji: Niemcy, USA
Reżyseria: Harald Zwart
Scenariusz: Jessica Postigo
Na podstawie: powieści Cassandry Clare
Zdjęcia: Geir Hartly Andreassen
Montaż: Joel Negron
Muzyka: Atli Örvarsson
Obsada: Lily Collins, Jamie Campbell Bower, Jonathan Rhys Meyers, Jared Harris, Lena Headey, Kevin Zegers, Robert Sheehan, Jemima West, CCH Pounder, Aidan Turner


Opis filmu:
Clary w dniu swoich szesnastych urodzin odkrywa, że pod otaczającym ją światem, kryje się inny. Pełen demonów, wampirów, wilkołaków i Nocnych Łowców.


Plusy:+ Parę efektów specjalnych. Pies-demon w CGI wypadł o dziwo dobrze. Podobnie jak czarownica, której z szyi wyrasta jakaś macka z zębami. W tych momentach widać, że nikt się nie oszczędzał w swej obrzydliwej wyobraźni, a efekt przywodzi na myśl stare, dobre paskudztwa z lat 80. Lubię to.

+ Wątek romantyczny. Dla jednych (głównie nastolatek płci pięknej) to zbrodnia, dla mnie jak najbardziej plus. Jakiś powiew świeżości wśród tych wszystkich „young-adult novel” (jak rzecze Wikipedia), gdzie zawsze na końcu on i ona muszą, ale to muszą być razem. Swoją drogą, film PG-13 niemal z kazirodztwem? Cenzorzy pewnie przysnęli.

+ Lekkie liźnięcie tabu, czyli seksualność w tle. W życiu nie spodziewałbym się, że w „kolejnej nastoletniej” serii książek pojawi się odważny jak na mainstream trójkąt miłosny. Każdy do każdego tutaj zarywa. Z filmu wnioskuję, że On-Jace nie umie się zdecydować, czy woli swojego przyjaciela, czy Clary. Kumpel oczywiście jest o to zazdrosny, a Ona nawet pod koniec nie umie się zdecydować czy bzyknąć brata czy nie. Chyba, że coś źle zrozumiałem?


Minusy:

– Przepis na cały film: 1/3 „Harry’ego Pottera”, 1/3 „Straży nocnej” i 1/3 „Pijanego scenarzysty” (zapytajcie barmana, będzie wiedział). Wstrząsamy, dodajemy cukier, słodkości i gotyckie okropności. Wizualnie zrzynamy z czego tylko popadnie („Kroniki Riddicka”, „Prometeusza” i wiele, wiele innych), plus w scenach walki posiłkujemy się prologiem z „Blade’a”, a różdżkę zastępujemy latarką dentystyczną. Dla osłody (bo w hollywodzkich filmach musi być zwierzaczek) dorzucamy psinkę z „Coś” i stylizujemy jednego z wilkołaczków na Wolverine’a.

– Reżyseria. W zasadzie cały powyższy punkt opisuje autorski wkład Haralda Zwarta w „Miasto Kości”. Nic – zero absolutne. Brak własnych pomysłów przełożył się na całkowite powierzenie ekipie technicznej strony wizualnej filmu (akurat ona potrafi się obronić).

– Aktorstwo – młodzież. Lily Collins miała być nową gwiazdą, a wyszła na amatorkę. Główna bohaterka musi w czasie filmu przejść przemianę. Tego wszyscy oczekujemy. Niestety etap, w którym Clary powinna zapoznać się z nową sytuacją, okazać obawy i wątpliwości co do wyboru swojej ścieżki, został tu olany. Ona od początku pobytu w Instytucie zachowuje się, jakby wszystko i wszystkich tam znała. Nie przekonała mnie. Jamie Campbell Bower (On) zamordował wszystkie „zabawne” kwestie jakie dostał. Bez wyjątku. Sztywny i śmiem wątpić czy którejkolwiek z pań mógłby wpaść w oko. Robert Sheehan (Simon) to największy frajer w tym filmie. Ubawił mnie niesamowicie, kiedy w krypcie bohaterka ma swój „moment olśnienia”, a on miota się po ekranie w zwolnionym tempie jak ostatnia pierdoła.

– Aktorstwo – weterani. Wszyscy musieli zgodzić się na występ tutaj tylko dla kasy. Przyszli, odstawili przerysowaną chałturę i poszli. Lena Headey jest, a potem jej nie ma. Jonathan Rhys Meyers zrobił z siebie głupka i ani przez chwilę nie potrafił przerazić kogokolwiek. Z pełną powagą rzuca łopatologiczne wyjaśnienia, ale doceniam jego szczerość – ani przez chwilę nie udawał, że jest to produkcja wysokich lotów. Jared Harris (zamordował już jedną książkową legendę – profesora Moriarty’ego) tym razem pogrzebał kogoś o mniejszej reputacji. Trzeba mu to przyznać – ma talent, już drugi raz na ekranie ani przez chwilę nie wzbudził choć cienia sympatii.

– Scenariusz – brak logiki. Adaptując powieść, trzeba być świadomym prostej rzeczy: to, że my coś wiemy, nie oznacza że widz ot tak, też będzie to wiedzieć. Należy stopniowo, ale spójnie budować fundamenty pod odpowiedzi, których się potem udziela. Clary rysuje na podłodze 8 kropek, przychodzi Jace, dorysowuje kilka kresek i już mają poszlakę? Wiedźma stała się demonem, bo? Dlaczego wilkołaki nie mogą się zmieniać w Instytucie, no chyba, że bardzo chcą? Jak w ogóle działa ten portal? Czemu Hodge czaił się 15 minut za kolumnami, a i tak wszyscy wiedzieliśmy, że w końcu pomoże?

– Głupota. Nie tyle cały film jest głupi, co jest naszpikowany tyloma drobnymi idiotyzmami, że głowa boli. On i Ona mają scenę tylko we dwoje. Akurat wtedy ogród rozkwita i już na 100% jest romantycznie. W końcu całują się i żeby dopełnić obrazek, zaczyna padać deszcz – wypisz, wymaluj plakat „Pamiętnika”. Kandydat nr 2: Jan Sebastian Bach był Nocnym Łowcą i komponował utwory tak, że ich częstotliwość drażni demony. 15 minut później w scenie z kartami i Pucharem, bohater coś tam brzdąka, a wiedźma zaczyna się podejrzanie miotać. Oczywiście Clary, która siedzi naprzeciwko niej, olewa to i zdradza jej miejsce ukrycia Kielicha. Plus ujęcie zamykania drzwi przez demona. WTF? Na koniec mój faworyt: Jace walczy z ojcem, bierze kulkę wody i popycha ją do przodu. I teraz popatrzcie na minę Jonathana Rhys Meyersa – „O! Piłeczka”. I strzał z piąchy w mordkę. Zresztą czego oczekiwać po filmie, w którym jednym z koronnych dowodów na poparcie pewnej tezy jest fakt, że bohater nosił pierścionek na opak?

– Cięte riposty. Jeszcze nigdy nie widziałem filmu, który miałby taką ilość facepalmowych docinek. Te teksty są tak ograne i przewidywalne, że zamiast kolejnego Tony’ego Starka, mamy armię drętwo recytujących kwestie aktorów. W dużej mierze to oni pokpili sprawę, bo mogło być ciekawie i na luzie. Idę o zakład, że na papierze brzmiało to o niebo lepiej.

– Nieproporcjonalne podbijanie scen. Choćby w krypcie w Instytucie; nagle tempo zamiera, muzyka każe nam myśleć, że dzieje się coś niesamowicie ważnego, demony próbują zabić bohaterów itd. Tylko że nikt z widzów nie ma pojęcia, co jest aż tak istotne, że trzeba to zaznaczyć grubą kreską. Wtedy okazuje się, że bohaterka namalowała sobie na ręce runę i zamroziła demony. Najlepsze – sama nie ma pojęcia, jak na to wpadła. Eh…

– Wampiry vs. Łowcy. Tylko nieliczni kinomaniacy mają świadomość, że pierwsza część „Blade’a”, tak niedoceniana przez wielu, odcisnęła na współczesnych blockbusterach piętno na miarę „T2” Camerona. Prolog na dyskotece wyznaczył 15 lat temu standardy, jak powinna wyglądać nawalanka w kinie. „Miasto kości” nie kryje się z tą inspiracją w analogicznej scenie potyczki Łowców z wampirami (cóż za przypadkowe podobieństwo). Muzyka à la techno, hordy potworów i zaczyna się akcja. Ale… montaż, praca kamery, efekty, choreografia i cała otoczka „największego koksa ever” nie może się nawet równać z kilkoma kopniakami Wesley Snipesa. Po prostu. On jest cool, oni nie.


Ocena: 3/7