Domowe piekło (2008) – Recenzja

domowe piekło - plakatTytuł oryginalny: 100 Feet
Alternatywny polski tytuł: 100 stóp
Gatunek: Horror
Rok produkcji: 2008
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: Eric Red
Scenariusz: Eric Red
Zdjęcia: Ken Kelsch
Montaż: Anthony Redman
Muzyka: John Frizzell
Obsada: Famke Janssen, Bobby Cannavale, Ed Westwick, Michael Paré, John Fallon, Patricia Charbonneau


Opis filmu:
Marnie po zabójstwie męża pozostaje w areszcie domowym. Nie jest jednak sama. Opętany żądzą zemsty duch małżonka nigdy nie pozwoli jej odejść.


Plusy:+ 5 minut klimatu. Na samym początku, gdy napompowany pogardą do granic możliwości „Shanks” wreszcie znika, a Famke Janssen stara się odnaleźć w nowej sytuacji, snując się w ciszy po domu, „100 stóp” wygląda jak rasowy horror. Nawet pierwszy „coming out” ducha prezentuje się nieźle, choć chwilę później przychodzi do głowy magiczne: „hm…?”.

+ Rozrywka do wyśmiania. Od mniej więcej połowy, film sprawdza się jako komedia. To jedna z tych produkcji, którą warto obejrzeć w większym gronie i wspólnie pośmiać się z absurdów. Zapewniam, jest z czego.


Minusy:

– Reżyseria – Eric Red. Czołówka i pierwsze minuty prezentują się nienagannie, tylko później następuje konsekwentnie narastająca parodia horroru. Brak tu wyczucia i świadomości, że ekipa od F/X dała ciała. Napięcie na pierwszy rzut oka wydaje się budowane poprawnie, jednak po chwili dostajemy niepotrzebną przebitkę lub idiotyczną kwestię któregoś z bohaterów i czar pryska. Widz, zamiast się skupić na fabule, jest notorycznie rozpraszany przez zbędne detale. Nawet aktorzy pod przewodnictwem Reda nie wysilają się w żaden sposób.

– Scenariusz – logika zdarzeń. Na samym początku filmu warto wyjaśnić kilka kluczowych kwestii: dom stał pusty przez jakiś czas, a mimo to wygląda jakby ktoś wczoraj go sprzątał; bohaterka jest albo milionerką, albo wszystkie opłaty załatwia na „słodkie oczy”? Szczątkowe wyjaśnienie pół godziny później nie rozwiewa żadnej z wątpliwości. Swoją drogą, jej mąż ukrył kasę między piętrami – pytanie mistrzów: który architekt buduje podłogi o grubości ponad 1 metra między piętrami? To jest nic. Finał, w którym Marnie widząc zmierzającą ku niej kulę ognia, drepcze powoli do okna, wspina się na nie ostatkiem sił i jeszcze ma czas by się uchylić, to czysta komedia. Pewnie zdążyła jeszcze po drodze zrobić makijaż.

– Scenariusz – dialogi. „Domowe piekło” to niezwykle ważna lekcja dla scenarzystów, więc nadstawcie uszy: „to, że dialog dobrze wygląda na papierze, nie daje absolutnie żadnej gwarancji, że wypowiadany przez aktorów będzie brzmiał równie naturalnie”. Stąd też czerstwe linie recytowane przez całą obsadę (na czele z topornym „Shanksem”) stanowią dowód, że ktoś nie pofatygował się na czytanie tekstu z obsadą…

– Aktorstwo. Famke Janssen osiągnęła swój szczyt w X-menach i każda jej kolejna rola jest tylko marnym cieniem drapieżnej Jean Grey. Na dodatek sceny emocjonalne ewidentnie jej nie służą, stąd płacząca bohaterka jest mi tak samo obojętna, jak krzycząca i biegająca w ciemnościach przez większość seansu. Prawdziwym pniakiem jest za to Bobby Cannavale jako… „Shanks”! Raz, że przyszło mu grać kompletnie nie mającą sensu, przechodzącą po drodze kilka przemian osobowości postać, a dwa, że zrobił to z takim bólem, jakby ktoś go zmusił do udziału w tym obrazie (czyżby tak właśnie było?). Sztywny, nadmuchany, z manierą niezłomnego detektywa, którym jest, ale sam nie wie po co.

– Efekty specjalne. Właśnie dlatego nienawidzę CGI. Łatwiej jest spieprzyć efektami cały film, niż wykorzystać je do opowiedzenia historii. Sztuczność razi na każdym kroku, a duszek Mike zamiast przerażać – żenuje. Ten sam problem miała późniejsza „Mama” – graficy za dużo i za często prezentowali swoje (dość wątpliwe) umiejętności.

– Finał. SPOILER: Dom się pali, gaz ulatnia, zaraz wszystko wybuchnie. Jest jednak wystarczająco dużo czasu na wyjętą z kiepskiej bajki przemianę duszka. Nawet rosły chłop „Shanks” ma chwilę, by poleżeć na podłodze i krzyczeć rozpaczliwie: „MARNIE!!!”. Oczywiście zapomina, że ma nogi i czeka, aż bohaterka wróci się, by poudawać, że umie być podporą dla 100-kilowego faceta. „Mein Führer! I can walk!”. Żal mi Michaela Para – pojawił się na dwie sekundy, zobaczył w czym gra i dokonał autodestrukcji. Zabrakło tam tylko Golluma wyrywającego tą obrączkę.

– Halloween. Przebieranka głównej bohaterki (morderczyni) w symbol wszelkich cnót – Królewnę Śnieżkę – oraz jej rozczarowanie, gdy dzieci boją się wziąć od niej cukierki, to pasujący jak pięść do nosa pastisz. Po co to w ogóle było?

– SPOILER: Scena morderstwa Joe’a (dostawcy jedzenia). Szczerze – padłem ze śmiechu. Od razu skojarzył mi się „Straszny film 2” i parodia „Ducha”. Miało być strasznie, a wyszło tandetnie, niczym w jakimś horrorze klasy… B, C, D… powiedzmy G. A co tam robił „Człowiek-widmo” – wciąż pozostaje dla mnie zagadką.

– Duch – niedorajda. Jego żona, która nie dość że go zabiła, to jeszcze na jego martwych oczach bzyka się z jakimś gówniarzem w ich łóżku, a on wisi na suficie z niewyraźną miną i po prostu się gapi.

– Morał. Po seansie zacząłem się zastanawiać, jaką to mądrość życiową przekazał ten film. Wychodzi na to, chłopcy i dziewczynki, że zbrodnia popłaca i jeśli do tego pokonacie złego ducha osoby, którą zamordowaliście, to możecie wtedy z czystym sumieniem rozpocząć nowe, szczęśliwe życie. Nie. Nie trafia to do mnie.


Ocena: 2/7