Hanussen (1988) – Recenzja

hanussen-posterGatunek: Dramat, Historyczny
Rok produkcji: 1988
Kraj produkcji: Austria, Węgry, RFN
Reżyseria: István Szabó
Scenariusz: István Szabó, Péter Dobai
Zdjęcia: Lajos Koltai
Montaż: Éva Szentandrási, Zsuzsa Csákány, Brigitta Kajdácsi, Bettina Rekuc
Muzyka: Zdenkó Tamássy, György Vukán
Obsada:  Klaus Maria Brandauer, Erland Josephson, Adrianna BiedrzyńskaKároly Eperjes, Grażyna Szapołowska, Ildikó Bánsági, Walter Schmidinger, Michał Bajor


Opis filmu: Klaus Schneider dochodzi do siebie po ranach otrzymanych w czasie I Wojny Światowej. Jednak coś się w nim zmieniło. Męczące go koszmary senne okazują się przepowiedniami, a on sam potrafi wnikać w ludzkie umysły. Jako hipnotyzer – Hanussen rozpoczyna podbój Berlina.


Recenzja opiera się na emitowanej w TVP, trwającej około 111 minut, wersji filmu. Może kiedyś będzie mi dane zobaczyć tą 144-minutową i wtedy dwa z trzech minusów znikną.

Plusy:+ Aktorstwo. Ten film w całości należy do Klausa Marii Brandauera. Inni są tylko dodatkiem do jego popisu. Hanussen niczym Hendrik Hoefgen z „Mefisto”, to aktor przywdziewający maskę na scenie, której później nie potrafi, a w końcu nawet nie chce ściągnąć. Już sam początek – scena z „przeniesieniem emocji” w szpitalu wojennym, kiedy bohater odwodzi jednego z pacjentów od wysadzenia się w powietrze, robi wrażenie. Trans w jaki wpadł przykryty bandażami Brandauer oraz jego mimika i gesty sprawiają, że nie można oderwać od niego wzroku. Później film zamienia się w osobliwy spektakl ciągłego udawania. Prywatnie roześmiany i adorujący kobiety Klaus Schneider wraz z wejściem na scenę przeobraża się w porywającego tłumy, charyzmatycznego jasnowidza. Zupełnie inny człowiek, zagubiony w odgrywaniu swej roli. Tylko jaki on jest naprawdę? Tego nigdy się nie dowiemy.

+ Aktorstwo – drugi plan. Przysłonięta olbrzymim cieniem Brandauera, reszta obsady i tak dzielnie dotrzymuje mu kroku. Fakt, dwie rodzime gwiazdki – Grażyna Szapołowska i Adrianna Biedrzyńska są tylko estetycznym dodatkiem – tłem dla reszty panów. Pozostali owszem, nie mają wiele do zagrania, ale i tak mocno zaangażowali się w role. Erland Josephson jest dobrodusznym doktorem, Károly Eperjes menadżerem oraz ignorowanym głosem sumienia, a Michał Bajor prawdziwą nemezis z urażoną dumą. Bez nich nie byłoby z kim skonfrontować Hanussena.

+ Portret człowieka-marionetki. Istvan Szabó po sukcesie „Mefisto” jeszcze raz wziął na warsztat dokładnie ten sam motyw, z tą jedną różnicą, że teraz zarówno marionetką, jak i samym władcą jest Hanussen. Manipulując tłumami, daje się im jednocześnie wmanewrować w swoją wielkość. Zapytany o prognozę cen akcji na giełdzie, od niechcenia rzuca liczbę, a na drugi dzień prasa rozpisuje się o trafności jego przepowiedni. Im dalej, tym spirala coraz bardziej się nakręca. Wszelkie granice między przypadkiem, czy zdrowym rozsądkiem, a nadprzyrodzonymi zdolnościami Hanussena, zacierają się. W tym zatracaniu szalenie ciekawą sceną jest oglądanie przez „jasnowidza” zdjęć Henni Stahl (wzorowanej na Leni Riefenstahl – reżyserce „Triumfu woli”) i samozachwyt, który przysłania mu nawet najbardziej oczywiste ryzyko. Nakręcona w ten sposób machina musi go w końcu pochłonąć. Tylko kto na szczycie potrafi powiedzieć „dość”?

+ Dialog na sali sądowej:
Prokurator: Uważasz, że umiesz czytać w myślach ludzi.
Hanussen: Tak.
P: I możesz powiedzieć im ich przyszłość?
H: Tak.
P: Mogę zapytać jaka jest moja?
H: Przegrasz tę sprawę.

+ Reżyseria i klimat. Trylogia Istvána Szabó jest ciekawą odskocznią od reguł narzuconych przez Hollywood. Zamiast iść wyraźnie od punktu A do B, węgierski twórca tonuje kolejne etapy, sugerując, że ważniejszy jest bohater niż sama historia. Przez to nie można wskazać, które konkretnie wydarzenie doprowadziło do jego upadku. On był skazany na przegraną od samego początku. Czy gdyby Hanussen nie dał się sprowokować prasie z przepowiedzeniem dojścia Hitlera do władzy, albo nie upokorzył jednego z niemieckich żołnierzy, mógłby żyć długo i szczęśliwie? Nie. Sława i blichtr salonów, które Szabó wręcz uwielbia, i tak by zrobiły swoje. Ten rzut okiem na burżuazyjne rozrywki znudzonych dżentelmenów, spięcia między nimi oraz politykę to fascynujący duch epoki. Pozornie nieefektowny, ale w gruncie rzeczy pasjonujący.

+ Kawał historii. Przywołując kolejny raz „Mefista” – ponownie dostajemy obraz człowieka w pełni korzystającego z życia w ciężkich czasach. Piękne kobiety, sława i kolejne uściski dłoni. A wszystko to skąpane w ponurym nastroju międzywojennej Europy. Widmo zmian wisi w powietrzu, mimo że jeszcze nie przybrało kształtu III Rzeszy. Niepokój, chęć emigracji z kraju przeplata się z czysto hedonistycznym korzystaniem z chwili. Beztroska, która musi się kiedyś skończyć.

+ Tematyka. By opowiedzieć o historii, nie trzeba wcale brać na bohatera biednego, prześladowanego robotnika czy heroicznego oficera. Można sięgnąć po samego „jasnowidza Hitlera”, którego krótka biografia dostarcza więcej emocji i materiału na film niż kolejne uciśnione dziecko. Słynne nazistowskie zamiłowanie do okultyzmu, to temat bardzo filmowy (vel Indiana Jones, Hellboy) i wciąż nie do końca wykorzystany.


Minusy:

– Zaledwie kilka występów scenicznych. Jeśli ktoś liczy na oszałamiające zaprezentowanie paranormalnych zdolności bohatera, będzie po seansie mocno zawiedziony. W tym wypadku lepiej sięgnąć po „Niezwyciężonego” Wernera Herzoga, gdzie Tim Roth, jako Hanussen, daje kilka krótkich, acz efektownych popisów. Szkoda, że tutaj nie rozwinięto bardziej tego motywu.

– Wyeksploatowanie tematu w niewielkim stopniu. Scenariusz pomija wiele interesujących epizodów z życia Hanussena. Brak jego spotkania z Hitlerem, którego rzekomo uczył porywać tłumy. Fascynację okultyzmem zredukowano niemal do zera, podobnie jak zabawianie przepowiedniami nazistowskiej elity czy huczne imprezy w tym gronie. Wątek rodzinny – małżeństwo oraz córka – również nie znalazły się w filmie. Przynajmniej w tej krótszej wersji.

– Piętno czasu. Najbardziej widać je w prologu i zakończeniu (kluczowych momentach fabuły). Jedyne w filmie sceny z użyciem broni palnej budzą pewien niesmak. Kiepski dźwięk wystrzałów można jeszcze wybaczyć, ale sama ich realizacji pozostawia wiele do życzenia. Gdyby zostały nakręcone lepiej (mniej po „macoszemu”), to ich wydźwięk byłby zdecydowanie mocniejszy. A tak „Hanussen” coś na tym traci.


Ocena: 5/7