Jack Strong (2014) – Recenzja

jack_strong_plakatTytuł oryginalny: Jack Strong
Gatunek: Thriller, Szpiegowski
Rok produkcji: 2014
Kraj produkcji: Polska
Reżyseria: Władysław Pasikowski
Scenariusz: Władysław Pasikowski
Zdjęcia: Magdalena Górka
Montaż: Jarosław Kamiński
Muzyka: Jan Duszyński
Obsada: Marcin Dorociński, Patrick Wilson, Dimitri Bilov, Oleg Maslennikov, Zbigniew Zamachowski, Mirosław Baka, Ireneusz Czop, Maja Ostaszewska, Dagmara Dominczyk, Zbigniew Stryj, Paweł Małaszyński, Piotr Nerlewski, Józef Pawłowski


Opis filmu:
Pułkownik Ryszard Kukliński – kryptonim „Jack Strong” – obserwując sytuację w Polsce, decyduje się podjąć współpracę z CIA, której stawką jest III wojna światowa.


Plusy:+ Rasowy thriller szpiegowski. „Jack Strong” to esencja zimnej wojny i to o tyle ciekawa, że rozgrywająca się tutaj w Polsce. Dawno nie widziałem żadnego obrazu (wliczając w to produkcje made in USA), który w tak udany sposób oddał atmosferę wyścigu zbrojeń, widma zagrożenia oraz rozgrywek na szczeblach armii. Prawdziwe kino szpiegowskie, ale nie takie w stylu Jamesa Bonda, tylko mniej efekciarskie, kameralne – po prostu bardziej realistyczne. Zwiastun ewidentnie kłamał i to nie jest film akcji. Bliżej mu do „Trzech dni Kondora”, „Kandydata” czy „Dnia Szakala”.

+ Reżyseria. To już jest fakt. Władysław Pasikowski to jedyny polski reżyser, który zna się na rzeczy. Jego filmy pod kątem warsztatowym nie ustępują w niczym produkcjom zza oceanu – do których wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni. Czy to źle? A skąd. Parafrazując Russella Crowe’a z „W sieci kłamstw”: może i Francuzi wynaleźli kino, ale to Amerykanie nauczyli się, jak go używać. Dokładnie tak robi Pasikowski. Wie, że film to nie tylko fabuła i chwytliwy temat. To cała realizacja, od obrazu, montażu, muzyki przez wyrazistych bohaterów, konflikt, aż do wywoływanych w widza emocji. Oczywiste oczywistości, nie? To dlaczego dalej biorąc pierwszy z brzegu polish artistic film mam problem, by po 20 minutach seansu powiedzieć, kim jest bohater oraz czego chce. Nie wspominając już o puentach scen. Twórca „Psów” zawsze stawiał w tej kwestii na przejrzystość, by potem móc skupić się na samym prowadzeniu fabuły. Pasikowski to nazwisko na eksport, z którego powinniśmy być dumni.

+ Scenariusz. Jako kino szpiegowskie „Jack Strong” sprawdza się rewelacyjnie. Główna intryga jest wyrazista i absorbująca. Nawet wątek rodzinny nie nudzi ani na chwilę. Intrygująco nakreślono relację Kuklińskiego z Saszą, wraz ze szczątkowym wspomnieniem misji w Wietnamie. Przeskakująca z kontynentu na kontynent akcja, wzbogaca fabułę o kulisy obu stron konfliktu, tworząc razem spójną całość. No i postacie – każdy z bohaterów ma konkretną rolę do odegrania w historii i nie ma tu żadnych „zapchaj dziur”. Jedyne „ale”, jakie można wysnuć, to odnośnie stosunkowo wybiórczego doboru epizodów z życia Kuklińskiego. Preferowałbym więcej.

+ Multum rewelacyjnych scen. Obecne już w zwiastunie fotografowanie dokumentów przez ukryty aparat i wejście w tym momencie Mirosława Baki. „Niezawodna” Iskra z errorem, po których cała sala kinowa wybuchła śmiechem. Made in USA :) Omówienie w polskim sztabie problemu szpiega; Dorociński wycierający się w kartkę papieru, prawie przyznający się do bycia szpiegiem w zamglonym obiektywie kamery. Nawet Paweł Małaszyński dostał tutaj świetny epizod słownego spacyfikowania w areszcie cwaniaka z policji. Oraz moja ulubiona scena: kiedy pierwszy i jedyny raz Kukliński wynosi dokumenty z biura i uderza głową w ścianę. Tak nakręcona akcja, że początkowy uśmiech zamiera na twarzy i od razu nerwowo przebiera się nogami.

+ Aktorstwo. Marcin Dorociński utrzymuje charakterystyczny dla siebie – bardzo dobry poziom, ale będąc szczerym – wybitna i przełomowa kreacja to to nie jest. Nie dał się nikomu przyćmić, ale też nie budzi specjalnej sympatii. Patrick Wilson – rewelacyjny w „Małych dzieciach” – również wywiązał się z zadania, choć odniosłem wrażenie, że jego postać jest strasznie przegadana po polsku. Świetnie wyszła scena rozterki odnośnie przekazania Kuklińskiemu instrukcji z CIA. Trzecim wysuwającym się na prowadzenie aktorem jest grający Saszę Dimitri Bilov. Już swoją aparycją powoduje niepokój i wzrost adrenaliny. On jest wręcz stworzony do ról antagonistów. Samo jego pojawienie się w domu Kuklińskiego i jedno spojrzenie przyprawia o szybszą palpitację serca.

+ Aktorstwo – drugi plan. Oleg Maslennikov (Wiktor Kulikow – przełożony Saszy) dał popis, który zmiótł wszystkich. Bezwzględny, ślepo realizujący swój plan i w dodatku przepełniony nienawiścią. Dwie arcygenialne sceny: zasłabnięcie po uzmysłowieniu, że ma w sztabie szpiega i furia w szpitalu – kwintesencja krwiożerczego czarnego charakteru. Z polskiej obsady mamy natomiast Zbigniewa Zamachowskiego – aktora starej szkoły, który momentalnie wczuwa się w każdą rolę. Większą uwagę przykuwa za to Mirosław Baka, jako major Putek. Jego spięciom z Kuklińskim towarzyszy autentyczna ekranowa „chemia”, w której obaj chcą się rzucić sobie do gardeł, ale chyba tylko mundur im na to nie pozwala. Ireneusz Czop dostał z kolei do zagrania postać tragiczną, która nie może pogodzić się z koniecznością wykonania rozkazu. Ciekawy obraz drugiej strony medalu w „totalitarnym” państwie. Z bardziej epizodycznych, to Zbigniew Stryj, jako osobliwy mentor głównego bohatera, budzi obok bardzo dobrego Pawła Małaszyńskiego – sympatię u widza. Typowe dla Pasikowskiego jest dość jednowymiarowe przedstawianie postaci kobiecych. Maja Ostaszewska kreuje żonę Kuklińskiego jako bohaterkę z krwi i kości, ale oprócz awantury o częste znikanie z domu, nie miała żadnej innej okazji by zabłysnąć. Kronikarskim obowiązkiem należy wspomnieć o Dagmarze Domińczyk (prywatnie żona Patricka Wilsona), która była najprawdopodobniej w pakiecie z mężem, bo jej rola jest tak marginalna, że nic się o niej nie da powiedzieć.

+ Muzyka – Jan Duszyński. Ilustrację do filmu można zrobić na dwa sposoby. W jednym tworzy się charakterystyczny motyw przewodni, który nuci się nawet po seansie. Drugim natomiast jest muzyka „niewidoczna”, która podbija nastrój w scenach i kieruje widza na określone emocje. „Jack Strong” jest wypełniony po brzegi taką właśnie muzyką. Niby nie zwraca się na nią uwagi, ale bez niej zwroty fabularne nie wywoływałyby tyle napięcia. Wreszcie nie ma w tym filmie słynnej „polskiej ciszy”, jest za to profesjonalna oprawa.

+ Charakteryzacja, kostiumy, scenografia. Realia lat 70-tych w Polsce zostały odtworzone z całym charakterystycznym im klimatem. Stroje, fryzury, umeblowanie – wszystko w duchu „wczesny Gierek, późny Gomułka”. Duże wrażenie zrobiła na mnie pierwsza scena z Kuklińskim, w której dałbym sobie klawiaturę uciąć, że oto przede mną na ekranie siedzi prawdziwy Ryszard Kukliński. Dopiero zmiana perspektywy ujawniła Dorocińskiego z brodą i w poczochranej, siwej fryzurze.

+ Napięcie. Pasikowski wrócił po latach z niesłusznie krytykowanym „Pokłosiem”. Udowodnił w nim, że tylko on w całej Polsce potrafi sprawiać, by widz obgryzał z nerwów paznokcie podczas seansu. „Jack Strong” stoi na takim samym poziomie jak poprzednik. Intensywność emocji jest umiejętnie dawkowana, a w przerwach na oddech można się autentycznie rozluźnić. Jednak kiedy trzeba z powrotem mocniej chwycić się za fotel – łatwo wyrwać od razu całe oparcie. Taki to jest film. Pierwszorzędny thriller.

+ Prolog. Genialny minimalizm. Wprowadzające do fabuły (rodem z „Gwiezdnych wojen”) elektroniczne napisy już na wstępie wymagają od widza skupienia uwagi. Później obrywamy oszczędną sceną zabójstwa Pieńkowskiego. I teraz test: powiedzcie mi, czy konieczne było ujęcie gwałtownej śmierci Pieńkowskiego w piecu hutniczym? Nie. A czy w prologu „Hansa Klossa” konieczne było efekciarskie rozstrzelanie więźniów? Patryk Vega uznał, że tak i się pomylił. Pasikowski nie zrobił tego błędu. Zupełnie inna liga. Plus na zakończenie wstępu dostajemy rewelacyjnie skomponowany przez Magdalenę Górkę kadr z napisami początkowymi i krwistym tytułem na murze. Tak niewiele, a jak świetnie wyszło.

+ Finał. SPOILER: Kulminacyjny pościg na ulicach Warszawy i podmianka. Intrygująca przewrotka, która jednak pod względem logiki pozostawia wiele do życzenia. Po co Kukliński prosi żonę o czapkę? Skąd ta prowokacja z agentami wokół domu Kuklińskiego i po co to odwrócenie uwagi? Realizacyjnie jest to najwyższa liga – napięcie regularnie pojawiające się przez cały film, tutaj sięga zenitu i nie pozwala złapać oddechu aż do epilogu. Zagrywka rodem z „Operacji Argo”.

+ Wizerunek Kuklińskiego. Jeśli po seansie ktoś zarzuci, że Pasikowski zrobił z Kuklińskiego bohatera – jest idiotą. Jeśli ktoś odniesienie wrażenie, że jest zdrajcą – tak samo. Pozornie takie zawieszenie pomiędzy jedną, a drugą tezą mogło wyjść produkcji bokiem – powstałby film mdły i zanadto obiektywny. Pasikowski poszedł w trzecią stronę, której nie dostrzega większość komentujących i tak oto Kukliński stał się – cytując napisy końcowe – człowiekiem, działającym „w stanie wyższej konieczności”. Takiego filmowego Kuklińskiego kupuję. W realiach „Jacka Stronga” Polska istnieje tylko na papierze, bo w praktyce to wasal ZSRR, więc zdradzić się ojczyzny nie da. Nawet generał Jaruzelski zostaje wezwany na dywanik, gdzie tylko asekuracyjnie odpowiada, że zajmie się „Solidarnością”. „Chwila, ale Kukliński jest zdrajcą!” – tylko Pasikowski nakręcił film szpiegowski, a nie dokument pod czyjeś poglądy.


Minusy:

– Stagnacja fabularna. Po filmie miałem wrażenie, jakby trwał on co najmniej 3 godziny. Akcja za długo się rozkręcała. Ekspozycja postaci i zawiązywanie się fabuły przez pierwszą połowę filmu w gruncie rzeczy do niczego nie prowadzi. Napięcie było, a i owszem, ale stwierdzając na chłodno – historia stała w miejscu. Stawka pozornie rosła (czego dowiadywaliśmy się z rozmów w Langley), ale i tak przenosząc się z powrotem do Polski, Kukliński kręcił się w kółko. Może trzeba było porozwijać bardziej wątki poboczne.

– Urwanie wątków w finale. Władysław Pasikowski rozegrał to sprytnie. Ostatnie 15 minut filmu to pościg i thriller, więc widz jest pochłonięty wątkiem głównym. Tylko, że po wyjściu z kina, kiedy emocje już opadają, nagle pojawia się pytanie: „ej, chwila, a Ci dwaj źli radzieccy, to co się z nimi stało?”. Dokładniej chodzi o Saszę Iwanowa i Wiktora Kulikowa. Dwa główne szwarccharaktery, a znikają jak kamfora. Zgodnie z zasadami, należało im się pojawienie w finalne.

– Słabe rozwinięcie relacji Kuklińskiego z Davidem. Pasikowski dał im ledwie zalążek przyjaźni. Nie mówię, by stworzyć z nich od razu polsko-amerykański duet agentów, ale skoro na początku Kukliński podekscytowany jak nastolatek wygadał się, że miał nadzieję na bratnią duszę, kogokolwiek z kim będzie mógł wreszcie rozmawiać o wszystkim, to szkoda, że ten motyw nie został pociągnięty dalej. Spekulacji co do ich specyficznej przyjaźni zamiast z wydźwięku scen, dowiadujemy się z dialogów z szefem sztabu, choć tak naprawdę nic na to nie wskazuje. A może Pasikowski nie chciał, by widzowie za bardzo współczuli „zdrajcy”?

– Aktorstwo młodych Kuklińskich. Sytuacja identyczna jak w przypadku „Rewizyty” Zanussiego, kiedy na ekranie pojawiał się Marek Kudełko z jakimkolwiek weteranem, choćby ze Zbigniewem Zapasiewiczem. Młody aktor wypadał irytująco sztucznie i przede wszystkim blado. Tak samo jest w „Jack Strongu”. Buntowniczy syn, Bogdan, odtwarzany przez Piotra Nerlewskiego, to karykatura prawdziwego aktorstwa. Teatralna maniera oraz celowe, nadmierne akcentowanie poszczególnych dialogów są widoczne szczególnie w scenie więziennej. Dorociński jest Kuklińskim, za to Nerlewski próbuje grać, co pozbawia tej dość dramatycznej sceny wiarygodności. Wkrada się tu niepotrzebna drętwa maniera, rodem z seriali. Podobnie sprawa ma się z Józefem Pawłowskim. Obaj młodzi aktorzy wypadają najlepiej, gdy kompletnie nic nie mówią. Na szczęście ich dialogi ograniczono do minimum, ale gdy już są – nie jest to przyjemny widok.

– MINUS TECHNICZNY WIZYTY W KINIE: Widziałem film w największej dostępnej sali w danym Cinema City. I tak, po pierwsze: czemu dźwięk był do cholery tak słaby? To zmora polskich filmów, ale wychodzi na to, że licencja Dolby to pic na wodę. Cicho, niewyraźnie, ale na szczęście „Jack Strong” miał dużo napisów, więc za akcją dało się nadążyć. Po drugie: ujęcie Langley widoczne w trailerze – na wielkim ekranie wyglądało, jakby ktoś je nakręcił telefonem komórkowym z 1 megapikselem. Brzydkie, ziarniste i nagle skok na ostre wnętrze – o co chodzi?


Ocena: 6/7