Królowie ulicy (2008) – Recenzja

królowie ulicyTytuł oryginalny: Street Kings
Gatunek: Sensacyjny
Rok produkcji: 2008
Kraj produkcji: USA
Reżyseria: David Ayer
Scenariusz: James Ellroy, Kurt Wimmer, Jamie Moss
Zdjęcia: Gabriel Beristain
Montaż: Jeffrey Ford
Muzyka: Graeme Revell
Obsada: Keanu Reeves, Forest Whitaker, Hugh Laurie, Chris Evans, Terry Crews, Naomie Harris, John Corbett, Jay Mohr, Amaury Nolasco


Opis filmu:
Nadużywający alkoholu detektyw Ludlow dowiaduje się, że jego były partner kabluje na niego Wydziałowi Wewnętrznemu. Wkrótce donosiciel zostaje zamordowany, a cała sprawa okazuje się bardziej skomplikowana niż to mogło się wydawać.


Plusy:+ Kilka solidnych kreacji aktorskich. Keanu Reeves przekonał mnie jako detektyw po przejściach, choć reżyser mógł mu pozwolić bardziej się wykazać w kilku scenach. Za to Forest Whitaker swoją charyzmą spycha w cień każdego, kto mu wejdzie w kadr, nie pozostawiając wątpliwości, kto jest „Królem L. A”. Na trzecim planie pojawia się Hugh Laurie ze świetnymi ripostami (scena w jego biurze to ten rodzaj napięcia pomiędzy postaciami, który uwielbiam najbardziej). W sumie to dr House, tyle że z odznaką.

+ Postać Diskanta. Najbardziej wiarygodny bohater z całego filmu, a przy tym jedyny wątek, któremu nie można nic zarzucić. Chris Evans po prostu ma ten wygląd ambitnego żółtodzioba, zawsze postępującego zgodnie ze swoimi przekonaniami. Odniosłem wrażenie, że scenarzyści też lubili Diskanta, obdarzając go charakterem i oszczędzając wypowiadania kiepskich kwestii.

+ Klimat. „Królowie ulicy” stanowią kwintesencję ciemnej strony Los Angeles. Ciężka i przytłaczająca atmosfera wprost bije z ekranu. Pod tym względem produkcja prezentuje się bezbłędnie.

+ Muzyka. Graeme Revell stworzył wymarzoną ilustrację kina policyjnego. Oszczędna i wyważona, a jednocześnie agresywna. Otwierający film kawałek – „Ludlow Wakes Up” doskonale oddaje nastrój skorumpowanego Miasta Aniołów. Brak charakterystycznego motywu przewodniego w soundtracku tym razem jest jak najbardziej na plus.

+ Brak efekciarstwa. Zarówno strzelaniny i pościgi są przytłumione. Akcja toczy się szybko i nie ma miejsca na powtarzanie z czterech różnych perspektyw tego samego malowniczego wybuchu. W ten oto sposób zbudowano realizm.

+ Prolog, czyli „Konnichiwa, bitch”. Ociężały Keanu ma w sobie coś z analogicznej roli Stallone’a w „Cop Land”. To nie jest klasyczny wymuskany bohater, a dialog z Koreańczykami przy samochodzie i scena w ich domu, rozbudzała apetyt na naprawdę mocne kino. Do tego dochodzi przemyślana praca kamery – wejścia Ludlowa do monopolowego oraz późniejsza dynamiczna rundka po korytarzach w czasie strzelaniny – rewelacyjne.

+ Parę pomysłów w scenariuszu. Stopniowo odkrywana przeszłość Ludlowa (Reevesa), potyczki słowne z „Housem”, czy prowokacja i pościg za podejrzanym po ulicy (łącznie z finałowym rzutem krzesłem), to udane próby uatrakcyjnienia obrazu. Za to wyśmienicie w swojej prostocie wypadła scena przyjmowania skarg na funkcjonariuszy.


Minusy:

– Brak polotu w reżyserii. David Ayer mógł zrobić ostry film o ostrych glinach. Wtedy być może powstałoby coś więcej niż tylko dobre kino. Zamiast tego zdecydował się trzymać aktorów na bardzo krótkiej smyczy (za wyjątkiem Whitakera), jakby się bał, że zaczną grać, a nie tylko „być” na ekranie. Jedna jedyna scena z pijanym Reevesem – „you’re not listen!” – to zdecydowanie za mało, żeby wywołać jakiekolwiek emocje. Powściągliwość jest wskazana, ale nie przez bite dwie godziny.

– Scenariusz – James Ellroy, Kurt Wimmer, Jamie Moss. Prolog zawiera najlepsze elementy filmu; ostre dialogi, świetne wprowadzenia postaci, konflikt między nimi i obiecujące przeplatanie wątków. Jednak im dalej, tym bohaterowie robią się płascy, a fabuła zamiast komplikować, nagle się prostuje i zaczyna biec jednym torem. Ktoś miał pomysł na pół filmu. A gdzie reszta?

– Nijakie postacie. Można to odnieść do wszystkich bohaterów. Pierwszy plan szybko się wypala i nie zaskakuje później już niczym. Jeszcze gorzej jest z epizodami. W „Dniu próby” (według scenariusza Ayera) każdy, nawet Snoop Dogg na wózku, miał swój unikalny charakter. Tutaj ogoleni na łyso i wytatuowani (standard) gangsterzy pojawiają się i znikają, nikogo przy tym nie obchodząc. A „Scribble” wygląda jakby się urwał z komedii gangsterskiej.

– Zakończenie. Lecimy: brak logiki w zachowaniu bohaterów, dialogi, a właściwie monologi przegadane do bólu, starające się w 2 minuty wytłumaczyć 2 godziny filmu i sceny szyte strasznie grubymi nićmi, byle jakoś zamknąć historię. Ogólnie całą intrygę kryminalną można przewidzieć po 20 minutach. Mimo to miałem nadzieję na „przewrotkę” w finale. Przeliczyłem się. O tarasowej scenie dialogowej nie będę nawet wspominać, bo podważa sens całego obrazu.

– Montaż i zdjęcia. Nie są tragiczne – to fakt, ale ich głównym mankamentem jest przeciętność. Oprócz prologu, cały obraz wygląda tak, jakby operator po prostu stawiał kamerę, a montażysta sklejał wszystko, co mu dano. Nic ponadto, żadnej finezji.

– Seans na raz. „Gorączka”, „Tajemnice Los Angeles” czy „Dzień próby” – gdyby streścić ich fabułę w kilku zdaniach, nagle okaże się, że to żadna rewelacja. Zatem gdzie jest haczyk? W wykonaniu. Każdy z tych filmów to świetna (wybitna) reżyseria, która w połączeniu z genialnym aktorstwem przełożyła się na kino z najwyższej półki. Natomiast „Królowie ulicy” to przykład tak ostrożnej pod każdym względem realizacji (brak wyróżniających się scen, dialogów), że chwilę po obejrzeniu ulatują z pamięci bezpowrotnie.


Ocena: 4/7