Wyznaję prostą zasadę: kino ma być rozrywką. Nie uznaję „sztuki dla sztuki”. Film ma bawić, wzruszać, straszyć, trzymać w napięciu – dostarczać emocji, tak by na dwie godziny oderwać się od rzeczywistości. Właśnie z tego powodu, w odróżnieniu od większość krytyków, dla których dramat egzystencjalny jest synonimem arcydzieła, a blockbuster to góra 7/10, ja oceniam filmy w obrębie gatunków jakie reprezentują.

Może to wyglądać na świętokradztwo, ale dla mnie druga część „Ojca chrzestnego” jest tak samo świetnym kinem, jak i „American Pie 2”. Do obu produkcji wracam z przyjemnością i sentymentem. Tylko dlaczego jednej mam prawo wystawić najwyższą notę, a drugą trzeba zepchnąć kilka klas niżej? „Bo tak się przyjęło”? Nie na tym blogu. Filmy można podzielić na wiele kategorii, ale ich wspólnym mianownikiem jest wspomniana rozrywka. Dostarcza mi jej zarówno „Obywatel Kane”, jak „Blade”.

Skrajne przykłady, nie? Łatwiej jakbym porównał dzieło Coppoli z „Gwiezdnymi wojnami”, a z Wellesem zestawił komedie Allena. Wtedy można by to jeszcze zrozumieć. U mnie nie będzie tak prosto.

Kończąc tą osobliwą spowiedź, czuję się w obowiązku dorzucić, że jest dokładnie tak, jak myślicie – mam awersję do kina autorskiego i nie, nie znam się na „sztuce”. Kompletnie nie bawią mnie 10-minutowe ujęcia siedzącego na kamieniu faceta, który przeżywa najważniejszą w życiu przemianę wewnętrzną. Wolę popatrzeć jak trawa rośnie.

Jeśli masz podobne podejście i jesteś w stanie pogodzić w sobie sprzeczność, że „Iron Man” i „Magnolia” pozamiatali konkurencję w swoich gatunkach, to zapraszam do lektury.

Film +/-