empikZ okazji zbliżających się świąt Empik przygotował promocję – Rewolucja trwa, przełącz się. Wystarczy przyjść do ich sklepu z dowolnym filmem na DVD, oddać go i w zamian otrzymujemy 20 zł zniżki na kupno filmu na Blu-ray. Oferta ciekawa, a w Boże Narodzenie miło jest usiąść przed swoim wypasionym telewizorem, na który ciężko się harowało przez miniony rok i odpalić „Avatara”. Tak z założenia ma to wyglądać.

Bardziej interesujące jest jednak jawne zaznaczenie końca pewnej epoki. Wiem, wszyscy na około trąbią o końcu DVD, a ten i tak trzyma się dobrze. Dystrybutorzy uznali w końcu, że najwyższy czas posłać go na zieloną trawkę. Nowy lider czeka przecież w narożniku od paru dobrych lat. Tylko co widzicie, gdy wejdziecie do Empika? Pytam poważnie, bo Empik Empikowi nierówny. W tych, co ja odwiedzam, wszędzie na półkach leżą filmy na DVD, a Blu-ray ma tylko jeden regał dla siebie i jeszcze w dodatku odstrasza swoimi cenami.

Ironią losu jest, że nie dalej jak miesiąc temu kupiłem sobie na DVD film „Constantine”. Oczywiście nie byle jakie wydanie, a dwupłytową edycję specjalną z – uwaga – wszystkimi dodatkami w języku polskim. Moje niezwykle wygórowane kryteria idealnego wydania zostały w 99% spełnione (jakby jeszcze komentarze twórców też były przetłumaczone, to poczułbym się spełniony). Najlepsze, że zapłaciłem za niego 19,99 zł w Empiku. Z perspektywy klienta-kinomaniaka normalnie interes życia. Mógłbym je teraz zanieść i zarobiłbym jeszcze jednego grosza! Tylko że nie chcę.

Raz, że nie jestem gotowy na rewolucję Blu-ray: nie mam wypasionego telewizora, nie mam nawet odtwarzacza Blu-ray i w najbliższym czasie to się nie zmieni. No dobra, może w przyszłym roku odtwarzacz sobie kupię, choć i tak nie docenię ostrej jak żyleta jakości obrazu.

A dwa, że właśnie ta jakość obrazu gdzieś po drodze przestała być dla mnie najważniejsza. Fajnie jest obejrzeć film ostrzejszy niż rzeczywistość, ale nie jest to mi do szczęścia niezbędne. Czego zatem potrzebuję? Również jakości. Tylko trochę innej niż się dystrybutorom wydaje.

Rzuciłem okiem do internetowego sklepu Empika i mój „Constantine” – relikt swoich czasów, nie dość że kosztuje teraz na DVD 35,99 zł, to za analogiczne wydanie na Blu-ray trzeba zapłacić 73,99 zł.

Jeśli jesteśmy przy temacie marketingu, to powiem Wam wszystkim dystrybutorom wyraźnie: moc wydania leży w dodatkach. Dla klienta jest kolosalną różnicą zapłacić za sam film 80 zł, a wydać tyle na profesjonalnie przygotowaną edycję z materiałami specjalnymi. Tak, kręci mnie making of, wywiady z reżyserami, zaglądanie do kuchni twórcom efektów specjalnych. Na to jestem gotów pójść. Tylko dlaczego mi tego nie ułatwić?

Klient z natury jest leniwy, co sprzedawcy wykorzystują na każdym kroku. Myślący klient – to zły klient. Jeszcze zacznie szukać lepszej okazji i co wtedy? Prawdziwą tragedią pozostaje w Polsce reklama filmów. Dystrybutor trzyma w ręku świetnie wydanego asa, który ma potencjał by się sprzedać, ale zamiast wysilić się i dobrze go opisać, to wystawia go jako dwójkę – „a może ktoś kupi?”.

Stąd moje pytanie: jak może nadejść rewolucja Blu-ray, gdy na stronie Empika leży wydanie DVD z takim opisem:

constantine_empik_2

A dwa razy droższe na Blu-rayu z takim:

constantine_empik_1

Jeśli Google nie kłamie, to na Blu-rayu są dokładnie te same dodatki, ale przeciętny Kowalski o tym nie wie. Chyba, że ich nie ma, to wtedy ja już nie mam pytań. Rewolucja Blu-ray powinna nadejść z hukiem i pompą. Tymczasem głównym mankamentem „niebieskiego promyczka”, obok niebotycznej ceny, jest brak informacji o prawdziwej okazji. Kiedy ostatnio widzieliście reklamę: „już teraz Pacific Rim na Blu-ray, 10 godzin materiału zakulisowego w języku polskim!”? Ja nie kojarzę. Ale gdyby była, od razu ustawiłbym się w kolejce. W końcu do cholery – jestem klientem.