Świat nie chce polskiego kina,
czyli dlaczego nikt nie kręci remake’ów naszych filmów

remake_polski_filmPolska na arenie międzynarodowej to takie brzydkie kaczątko. Latka mijają, a łabędzia nie ma. Tak samo jest z kinem. Kręcimy kolejne filmy, zabieramy je na zagraniczne festiwale, o których nikt wcześniej nie słyszał i wracamy z walizką pełną średnio znaczących nagród. A nie, przepraszam. W ciągu ostatnich 6 lat dostaliśmy dwie nominacje do Oscara jako najlepszy film nieanglojęzyczny („Katyń” w 2007 i „W ciemności” w 2011).

A wiedzieliście o tym, że przed „Katyniem” ostatnim choćby nominowanym polskim obrazem w tej kategorii był „Człowiek z żelaza” w edycji z 1981? Wiki nie kłamie. Można wybaczyć te 26 lat stagnacji, bo w końcu w Polsce były ciężkie czasy (zresztą zawsze są).

W tym roku i tak nikt nie daje nam szans nawet na nominację (awardscircuit.com i indiewire.com). Zresztą czy ona by coś zmieniła? Sama statuetka też nie. Te filmy i tegoroczny „Wałęsa” to wysokobudżetowe (jak na Polskę) kino artystyczne, które opowiada naszą pełną bólu i cierpienia historię. Natomiast przeciętny widz chce rozrywki. Kojarzycie może u nas takową w przeciągu ostatnich 5 lat?

Będę uczciwy: parę tytułów da się znaleźć. Z jednej strony jest lepiej, a z drugiej coraz gorzej. Tylko czy w tym wszystkim mamy choć jeden film, który można okrzyknąć zaszczytnym mianem „towaru eksportowego”? Werble… więcej werbli… NIE. Nie mamy.

Co jest wyznacznikiem sukcesu kina zagranicznego (tzn. nieamerykańskiego)?
Remake. Hollywood wykupuje prawa do filmu i obwieszcza światu, że oto w nieznanym widzom państwie X jest jedna warta uwagi produkcja. Marketing nakręca się. Wszyscy odpalają torrenty i chcą się przekonać na własne oczy co to jest za obraz. Twórcy nie zarabiają nic, ale to przecież inwestycja na przyszłość, bo z taką reklamą, ich następny projekt już na starcie wzbudzi spore zainteresowanie.

Zaraz ktoś zaprotestuje, że remake nie powinien być miarą sukcesu. Ale jest. Gwarantuję Wam i dam sobie klawiaturę uciąć, że gdyby tylko Hollywood podało do wiadomości, że chcą nakręcić amerykańską wersję „Drogówki”, wszyscy (krytycy, dziennikarze, widzowie – Polacy) chodziliby dumni jak paw i wychwalali Smarzowskiego pod niebiosa. Dokładnie tak jest przy każdej nominacji do Oscara.


Niech mnie ktoś poprawi: ale od początków istnienia naszej kinematografii nie powstał żaden remake polskiego filmu. Głośno było z „Kilerem” – biletem do Fabryki Snów. Barry Sonnenfeld za kamerą. Chwaliliśmy się tym, puszyliśmy jak się tylko się da. Nic z tego nie wyszło. Zdarza się. Polskie kino idzie spać.

Raz, dwa, trzy… polskie kino budzi się! Mamy 2013 rok. Co przespaliśmy? Wszystko, ale poniżej szybki przegląd:

1997 – Hiszpania: „Abre los ojos” („Otwórz oczy”). W 2001 gorąca para Hollywood: Tom Cruise i Penélope Cruz (powtarzająca rolę z oryginału – patrzcie, przepustka do wielkiej kariery!) wystąpili w remake – „Vanilla Sky”, który (mimo że gorszy) zgarnia te 200 mln $. A reżyser pierwotnej wersji – Alejandro Amenábar na kolejne propozycje nie musi długo czekać.

1998 – w Japonii powstaje „Ring”. Wybucha szał na serię filmów o zabójczej kasecie VHS i przede wszystkim: na azjatyckie horrory. Rok później premierę ma sequel. W 2002 – amerykanie robią bardzo dobry remake, który na całym świecie zgarnia 250 mln $. Hideo Nakata (reżyser) dostaje swoją szansę i staje za kamerą „The Ring 2” – sequela amerykańskiego obrazu.

2002 – Japonia: trzeci film z serii „Ju-on”, a pierwszy z dystrybucją kinową. Szał, sukces, dwa lata później na ekrany kin w USA wchodzi „The Grudge” („Klątwa”) z Sarahą Michelle Gellar. Przy budżecie 10 mln $ zarabia 187 mln $. Sequele mnożą się jak króliki.

2002 – Japonia: „Dark Water”. Ponownie Hideo Nakata za sterami, dostarcza kolejny horror, który na fali popularności w 2005 dostaje amerykański remake z Jennifer Connelly. Cały świat czeka na kolejne przeróbki produkcji ze wschodu, które wkrótce swym spadającym poziomem, kończą modę na horrory („The Eye”, „Pulse”, „Shutter” itp.).

2002 – Hong Kong: świetne kino policyjne – „Infernal Affairs” wzbudza entuzjazm publiczności. W zamian dostaje jeden sequel, jeden prequel i remake stworzony przez Martina Scorsese. „The Departed” („Infilitracja”) zgarnia 4 Oscary i 290 mln $, a my do dziś zachwycamy się jej intrygą kryminalną.

[…] – Cała masa innych przykładów, które rozsławiły nieznaną dotąd szerokiej publiczności kinematografię danego kraju. Przykłady: hiszpańska seria „Rec”, francuski „Anthony Zimmer”, koreański „Oldboy” (akurat ten remake kisił się o jakieś 10 lat za dużo).

2009 – Szwecja. Seria Millennium. Bum! W jednej chwili Noomi Rapace staje się gwiazdą narodową z biletem do Hollywood, gdzie na przemian gra w hitach i kitach. Cała trylogia książek sprzedaje się jak ciepłe bułeczki, a gdy już David Fincher wraca z „Dziewczyną z tatuażem” w swoje najlepsze klimaty, apogeum zostaje osiągnięte. W rezultacie, teraz każdy skandynawski thriller ma na plakacie słowo „Millennium”.

2011 – Indonezja – że co proszę? Nie znam kina z tego kraju i jestem przekonany, że i oni o Wajdzie nie słyszeli. Ale „The Raid” pozamiatał co trzeba. Hit. Nawet wszedł u nas w limitowanej dystrybucji (byłem, widziałem, świetne kino akcji). Remake już zapowiedziany, a twórcy oryginału nie próżnują i kręcą sequel. W jednej chwili cały świat się dowiedział, że w Indonezji może powstać dobry film.

2011 – Francja. „Nietykalni” – przebój, który Hollywood jeszcze nie wie jak ugryźć, ale plany na remake są. Nieważne. Film był tak dobry, że aż niektórzy pochopnie okrzyknęli go arcydziełem. Francuzi przypomnieli, że to u nich powstało kino.


Zasada jest prosta: jeśli Hollywood chce zrobić remake => oryginał musiał być na tyle dobry i przede wszystkim międzynarodowy, że odniósł sukces => oczy całego świata są zwrócone na ten jeden konkretny kraj.

Pod tym względem Polska dalej znajduje się w czarnej dupie średniowiecza. Nie kręcimy uniwersalnych komedii. Nie kręcimy nowatorskich thrillerów. W ogóle nie kręcimy horrorów czy produkcji science-fiction – gówno prawda, że trzeba na to wydać miliony (będzie o tym wpis). Liczy się pomysł i liczy się marketing. PISF wspiera rodzimą kinematografię od 2005 roku. Przez ten czas zdążyliśmy już udowodnić, że ani pomysłów nie mamy, a na reklamie filmów to już w ogóle się nie znamy. Kolejne lata lecą i wypadałoby coś z tym zrobić.


Zatem, drogi PISFie (bo bez Ciebie w Polsce na pełny metraż może pozwolić sobie tylko TVN):

Zorganizuj konkurs na scenariusz filmu z międzynarodowym potencjałem. Zaznacz, że nie może to być komedia, bo my już takich nie umiemy kręcić. Ustal nagrodę, powiedzmy 50 tys. złotych. Porusz niebo i ziemię, by każdy Kowalski, który potajemnie marzy o zostaniu słynnym scenarzystą, dowiedział się o tym. Daj rok czasu i czekaj.

Gdy już dostaniesz te 100-150 scenariuszy, zatrudnij ekspertów, których średnia wieku nie wynosi 80 lat (70, 60, 50 – też źle!) i dla których „Avatar” jest genialnym przykładem kina rozrywkowego (szczerze, nie licząc „Pocahontas”, spróbujcie zarzucić mu coś innego od strony scenariusza), a nie popłuczyną dla mas (jak to uważa „nowoczesna” komisja z Łódzkiej filmówki).

Teraz najlepsze: jeśli żaden ze scenariuszy nie będzie satysfakcjonujący, to nie przyznawaj nagrody. Zamiast tego obwieść prosty komunikat: „My, Polacy, gówno wiemy o potrzebach widzów”. Nie chodzi o to, by wydać kasę, ale by ją zainwestować w coś światowego.

Nie wierzę, że nawet na to nas nie stać. Polskie kino nie jest skazane na bycie olewanym, ale sukces to nie tylko nagrody. To widzowie.