„Wałęsa” – beznadziejny przypadek

W ubiegłym tygodniu historyk i dziennikarz filmowy – Krzysztof Kłopotowski – opublikował list otwarty do PISFu. Wnioskuje w nim o zwrot udzielonej Akson Studio dotacji na film „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Głównym argumentem jest niewykorzystanie przez twórców potencjału artystycznego drzemiącego w temacie. Mówiąc wprost: film Andrzeja Wajdy, mimo wszelkich predyspozycji, nie dostał ani nominacji do Oscara (odpadł w przedbiegach), ani do polskich „Orłów”. Kiepsko, nie?

Treść listu zatytułowanego „Orły nieloty, oddajcie dotację na Wałęsę”, znajduje się tutaj – polecam lekturę, jest naprawdę krótka.

Cel listu

Przede wszystkim wątpię, by Krzysztof Kłopotowski pisząc go, liczył, że po publikacji nastąpi faktyczny zwrot środków. Nie okłamujmy się – klapa artystyczna filmu nigdy nie będzie powodem do oddania dotacji. W przeciwnym wypadku powstałby groźny dla „artystów” precedens, który położyłby kres swobodnemu tworzeniu „sztuki wysokiej”. Nastąpiłby koniec finansowania „filmów trudnych” za 6 mln złotych, których nie dość, że nikt nie ogląda, to jeszcze nawet żadnych znaczących nagród nie dostają. Ale to marzenie ściętej głowy.
wałęsa dotacja z pisfu
Więc o co chodzi? O zwrócenie uwagi na to, że szanowany i ceniony przez branżę Andrzej Wajda dostaje pieniądze na niemal każdy projekt, który sobie zażyczy. Poniżej fragment listu:

Reżyser Andrzej Wajda i scenarzysta Janusz Głowacki nie dochowali należytej staranności w wykonaniu pracy, co jest warunkiem każdej umowy o dzieło. W rezultacie ich film wypadł nie tylko z konkursu do Oskara, nie uzyskawszy nominacji. Wypadł także z konkursu o polskie nagrody filmowe „Orły”. Nominacji nie dostał ani reżyser, ani scenarzysta, a dostał Robert Więckiewicz za świetną kreację głównego bohatera.

Wajdy nikt nie rozlicza z tego, czy scenariusz jest słaby, czy nie ma wiele wspólnego z historią. Samo nazwisko = nagrody i szkoły w kinach. Tak oto rozdaje dotacje PISF. W myśl, że film historyczny na pewno przyciągnie widzów do kina, a utytułowany niegdyś reżyser zdobędzie kolejne wyróżnienia.

PISF przejechał się na tym połowicznie już w 2011 roku. „1920 Bitwa warszawska 3D” została zmiażdżona przez krytyków, ale 1,5 mln widzów do kin poszło. W 2012 „Bitwa pod Wiedniem” przepadła zarówno artystycznie, jak i frekwencyjnie – 0,47 mln widzów. Natomiast w 2013 „Wałęsa. Człowiek z nadziei” (zaklasyfikowany w sesji z 2011 jako film historyczny) kasowo wypadł (jak na Wajdę) przeciętnie, ale braku nominacji to chyba nikt się nie spodziewał…

Wajda – box office:

  • 1999 – „Pan Tadeusz” – 6,17 mln widzów (lektura)
  • 2002 – „Zemsta” – 1,96 mln widzów (lektura)
  • 2007 – „Katyń” – 2,74 mln widzów (tematyka bolesna i kontrowersyjna -> nominacja do Oscara)
  • 2013 – „Wałęsa. Człowiek z nadziei” – 0,96 mln widzów

Ostatnia pozycja nie wygląda ciekawie, ale pozornie nie ma co narzekać, prawda?

W 2013 roku na pierwszym miejscu box office’u znalazła się „Drogówka” z budżetem 5,67 mln zł, na którą poszło 1,02 mln widzów (jak pomnożymy to razy 20zł – średnia cena biletu – wyjdzie nam 20,4 mln zł). Połowa zostaje w kinach, reszta trafia do podziału między dystrybutorem, a producentem. Można pokusić się o stwierdzenie, że film wyszedł w kinach niemal na czysto, a wraz z dystrybucją telewizyjną, DVD, VOD zacznie przynosić zyski.

Drugie miejsce w 2013 – „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Budżet filmu 19 mln zł. Matematycznie: 0,96 mln widzów * 20 zł = 19,2 milionów złotych. Połowa do kin, a 9,6 mln zł do podziału. Oj, producent poczeka sobie jeszcze na zwrot inwestycji. I tak właśnie utrwala się pogląd, że polski film nie zarabia na siebie w kinach. Ale prawie milion sprzedanych biletów to w Polsce sukces. Podejrzewam jednak, że spodziewano się więcej.

Film, a historia

Krzysztof Kłopotowski pisze dalej:

Zarówno z filmu jak i książki Głowackiego „Przyszłem” można wnosić, że scenarzysta nie zapoznał się z ustaleniami badaczy dotyczących Wałęsy, ani nie przeprowadził własnej analizy krytycznej materiału, by wyciągnąć odmienne wnioski, niż historycy. A tego należy oczekiwać przy wykonywaniu pracy z należytą starannością. Zamiast udokumentowanej wiedzy podstawą scenariusza stały się mniemania reżysera na temat sytuacji i roli Lecha Wałęsy.

Kwestia sporna. Kiedy bierze się na warsztat historię, można albo stworzyć obraz obiektywny ze wszystkimi „za i przeciw” (tego typu filmów nie trawię, bo zawsze wychodzą nijako), albo przedstawić swoją subiektywną wizję (to uwielbiam u Olivera Stone’a). No to gdzie tu problem? Trochę głębiej. Jak pisałem wyżej, Wajda otrzymuje kasę z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, jadąc na kredycie zaufania sprzed 30 lat. Podobnie zresztą jak wielu innych reżyserów z czasów PRL-u, którzy najlepsze lata mają dawno za sobą. Taka jest rzeczywistość. Weterani wciąż blokują miejsce w polskiej kinematografii. Określenie „młody twórca” odnosi się do osób po 40-tce. Dobra, ale co z tym „mniemaniem reżysera”?

PISF ma w statucie:

2) inspirowanie i wspieranie rozwoju wszystkich gatunków polskiej twórczości filmowej, w szczególności filmów artystycznych, w tym przygotowania projektów filmowych, produkcji filmów i rozpowszechniania filmów;
[…]
5) promocję polskiej twórczości filmowej;
6) dofinansowywanie przedsięwzięć z zakresu produkcji filmowej, dystrybucji i rozpowszechniania filmów, upowszechniania i promocji kultury filmowej, rozwoju infrastruktury kinematograficznej oraz zachowania i ochrony dziedzictwa kultury filmowej;

Takie ogólniki, że nie można nic nikomu zarzucić. Tylko, że dzięki nim, ostro rozliczające Polaków z przeszłości „Pokłosie”, miało pełne prawo dostać dotację, a że teraz stanęła ona producentom w gardle, to już inna para kaloszy. Również „Smoleńsk” może z czystym sumieniem ubiegać się i otrzymać finansowanie. PISF nie jest Telewizją Polską z obowiązkiem pełnienia misji publicznej.

W związku z tym, wzywanie PISFu do wystąpienia o zwrot pieniędzy jest bezcelowe. Według Krzysztofa Kłopotowskiego największym mankamentem filmu jest scenariusz. Zgodnie z regułami ubiegania się o dotację, producent musiał przedłożyć go ekspertom w PISF. Tekst uzyskał ocenę „bardzo dobry” (oczko niżej od „wybitny”). Dlatego też zarzut dotyczący merytorycznej i historycznej strony filmu powinno kierować się do samej komisji ekspertów, która przepuściła ten projekt. Janusz Głowacki (scenarzysta) mógł zrobić z Lecha Wałęsy Marsjanina ze zdolnościami telepatycznymi. Ot, bardzo luźna, artystyczna wariacja. Ale to do ekspertów PISF należał głos, czy wspomóc produkcję finansowo. Mogli wysłać scenariusz do poprawek, jednak tego nie zrobili.

Jeśli już pociągać kogoś do odpowiedzialności i zwrotu dotacji, to najlepiej członków owej komisji. Może wtedy „eksperci” zaczną rozsądniej rozdawać głosy – zahaczając tu o popularny zarzut „kolesiostwa” w PISF.
pisf_kolesiostwo

W ramach ciekawostki warto przypomnieć, że Akson Studio już raz zwróciło pieniądze otrzymane na „Wałęsę”. Były to 3 miliony złotych netto od słynnego Amber Gold.

I tak oto wracamy do stereotypu, że tylko Andrzej Wajda posiada monopol na reprezentowanie naszego kraju w walce o Oscary (przeczytaj: Świat nie chce polskiego kina). Od zarania polskiej kinematografii zgłoszono łącznie 9 filmów Wajdy jako pretendentów do tytułu „najlepszy film nieanglojęzyczny”. Cztery z nich dostało nominację. „Katyń” z 2007 i trzy filmy w latach 1975-1981. Według mnie „Katyń” znalazł się tam wyłącznie ze względu na swą tematykę. Jako film, nigdy nie znajdzie się na liście „100 filmów, które musisz obejrzeć przed śmiercią”. Nikt jednak nie dostrzegł, że Wajda od ponad 20 lat nie stworzył niczego na miarę wcześniejszych dokonań. Dalej ludzie mają wobec niego wielkie oczekiwania, które w tym przypadku przełożyły się na jeszcze większe rozczarowanie. Ale legenda wciąż trwa…