Promocja Polski za granicą – podobno?

Kick - Promocja Polski za granicą

Źródło: wawalove.pl

Wielka sensacja ostatnich dni:
zamknięto w Warszawie most Gdański, by ekipa filmowa z Bollywood mogła nakręcić spektakularną scenę upadku autobusu do rzeki!

„Wow” – to jednak ktoś do nas przyjeżdża kręcić filmy? Doprawdy intrygujące, tylko jak to w Polsce bywa – zamiast zainteresowania, poszedł hejt. W każdą możliwą stronę.

Bo komunikacja jest utrudniona…
Nikt nie lubi nagłego zamykania dróg, mostów czy rozmaitych objazdów, ale poważnie – warszawiacy jeszcze nie przyzwyczaili się do tego typu sytuacji? Jak nie maraton, to manifestacja lub ciągnąca się budowa metra – utrudnienia w stolicy to chleb powszedni. Parafrazując: taki jej urok.

75 tysięcy złotych za zamknięcie mostu?
„Taniej się nie dało?” – kolejny powód do drwin, że Polska sprzedała się za grosze. A jak ma się cenić? Hollywood w poszukiwaniu ulg podatkowych regularnie odwiedza Europę. Gdy tylko kraj (lub konkretne miasto) zaoferuje im atrakcyjne warunki finansowe, to ekipa od razu wsiada w samolot. Nasz piękny kraj wtopił już nie jedną okazję na przyciągnięcie filmowców zza granicy.

Pora tutaj na smutną refleksję: czy mamy coś u siebie, czego można zazdrościć? Malowniczymi Karaibami nigdy nie będziemy, podobnie jak egzotycznym Dubajem. Każdy z walorów Polski można odnaleźć w innym państwie i to jeszcze z lepszymi warunkami finansowymi. Więc jak tonący brzytwy się chwyta, wykorzystano nieliczną (a kto wie czy nie ostatnią) okazję do zaistnienia za granicą – Bollywood. Żeby coś osiągnąć, trzeba najpierw coś poświęcić, nie patrząc od razu na zarobek. Niestety mało kto potrafi to zrozumieć.

kick_double-decker_2

Źródło: warszawa.gazeta.pl

Gwóźdź programu: Warszawa gra Londyn? To ma być promocja Polski?
Bądź tu mądry i odpowiedz jednoznacznie na to pytanie, opierając się na wyrywkach z Internetu. Nie trzeba detektywa, by połączyć fakty: charakterystyczny double-decker z anglojęzycznym banerem i widocznym na wyświetlaczu przystankiem „King’s Cross” – mało to polskie. Czyżbyśmy znowu dali się zrobić?

Pierwotnie akcja filmu rozgrywała się w Londynie i tam też miały powstawać zdjęcia. Ostatecznie jednak przeniesiono imprezę do nas.

Opis filmu ze strony urzędu miasta Warszawy:

„Kick” to historia trojga „ludzi z przeszłością”, których losy krzyżują się w stolicy europejskiego kraju – Warszawie. Shaina – piękna i inteligentna pani psychiatra, Devi alias Devil – niedojrzały emocjonalnie złodziej oraz ścigający go ambitny i przenikliwy Himanshu są bohaterami niespodziewanych wypadków, które nadadzą ich przeszłości nowego znaczenia.

Czyżby zmieniono tylko nazwę miasta? Najprawdopodobniej. A uwzględniono to również w scenariuszu? Podobno tak. No to o co chodzi z tym dwupiętrowym londyńskim autobusem?

kick_double-decker_1

Źródło: warszawa.gazeta.pl

Jest prawda życia i prawda ekranu. Tak, u nas takie autobusy nie jeżdżą, ale z tego, co mówili nam indyjscy filmowcy, ten autobus był ważną częścią historii. A producent twierdził, że Warszawa będzie Warszawą – mówi Emilia Kubik z POT.

Ok. Filmowcy chcieli mieć widowiskowego double-deckera w filmie i nagięcie lekko rzeczywistości można im wybaczyć. Tylko mnie uderzają dwa kolejne zdania w tej wypowiedzi.

Najpierw fakty (na podstawie artykułu z pot.gov.pl):

  1. POT – Polska Organizacja Turystyczna powołała projekt „Lubię Polskę”, który ma promować nasz kraj za granicą.
  2. Negocjacje z filmowcami z Bollywood trwały od prawie 4 lat. W 2013 „Lubię Polskę” wkroczyło na rynek indyjski i wreszcie rozmowy zakończyły się sukcesem, czyli realizacją zdjęć w Polsce.
  3. Emilia Kubik jest liderem projektu „Lubię Polskę”.

Wszystko jasne? To dlaczego Pani Kubik używa określeń: „ale z tego, co mówili nam indyjscy filmowcy…” oraz „A producent twierdził…”?

Chciałbym, żeby to było tylko czepianie się słówek, ale te sformułowania są aż zastanawiająco zachowawcze. Jeśli się okaże, że Warszawa jednak grała Londyn, łatwo można rzec: „producenci nie dotrzymali słowa”. Tylko cholera, w tym całym zawieraniu umów, nikt z Polski nie postawił dwóch, prostych warunków: akcja ma się rozgrywać w kraju nad Wisłą i dostajemy kopię scenariusza przed rozpoczęciem zdjęć? Normalnie promocja Polski made in Poland.

W tym miejscu chciałbym móc napisać, że przekonamy się o tym w kinie, ale obecnie nie ma planów dystrybuowania filmu w Polsce…

– Jesteśmy ostatnim krajem w Europie, który nie wprowadził systemu zachęt finansowych dla produkcji zagranicznych – złości się jeden z państwowych urzędników zajmujący się kinematografią. Zaznacza: – Nie chodzi o kraje zamożnej Europy – od stycznia ulgi wprowadziły nawet Litwa i Macedonia. Polscy politycy muszą zdać sobie sprawę, że film to nie tylko sztuka, ale i ekonomia. Mówiąc najprościej – zagranicznym filmowcom warto płacić, żeby kręcili u nas filmy. To się sprawdziło w wielu innych krajach, w Niemczech obliczyli, że każde euro zwrotu kosztów produkcji filmowej przynosi cztery euro zainwestowane przez filmowców – mówi.

Źródło: gazeta.pl

„10 lat świetlnych” znaczy postęp, tak? Okazję trzeba umieć wykorzystać. Powodów, dla których indyjscy filmowcy przenieśli zdjęcia do Polski, znaleźć można w Internecie kilka: a to Salman Khan (gwiazdor produkcji i bollywoodzki „Sylvester Stallone”) miał problemy z brytyjską wizą, a to zaoferowaliśmy świetny sprzęt i wsparcie techniczne, no i oczywiście również – „Polska jeszcze się tak nie opatrzyła filmowcom”. Najbardziej przekonuje mnie jednak wypowiedź Emilii Kubik: „Warszawa czy Kraków są tańsze od np. Londynu, nawet odliczając ulgi, które tam dostają filmowcy.”

Brawo! Wreszcie krok w dobrą stronę. Jest tu zalążek potencjału. 75 tysięcy złotych za zamknięcie mostu i kilku ulicy + rekompensata dla ZTM za objazdy (szacowana na 20 – 30 tys.) to niezły początek. W kolejce jest już Kraków jako lokacja innej, indyjskiej superprodukcji.

Nawiązując jeszcze do Polski jako kraju trzeciego świata dla zagranicznych filmowców – Bollywood to nie Hollywood. Nie ma sensu ściemniać, że to wielki sukces, gdy powszechnie w Polsce większość osób otwarcie śmieje się z tamtejszych produkcji.

Największą ironią jest to, że amerykanie chętnie kierują się w nasze rejony Europy. Popatrzcie na Czechy – małe państwo w samym środku kontynentu (góry, brak morza) – przy Polskim zróżnicowaniu krajobrazu wysiadają, nie? Na pierwszy rzut oka nie wyglądają atrakcyjnie. A gdzie kręcono „G.I. Joe”, „Casino Royale”, „Hellboy’a”, „Van Helsinga” czy „Obcy kontra Predator”? No właśnie – u naszych południowych sąsiadów. Dlaczego? Według Paula W. S. Andersona wybudowanie scenografii z „AVP” kosztowałoby w Hollywood 20 mln $. W Czechach postawili ją za 2 mln $.

Czy jestem naiwny, ufając, że POT nie będzie teraz upajać się „Kickiem”, a docelowo zacznie planować, jak tu zachęcić filmowców z drugiej strony globu do kręcenia w Polsce? Czas pokaże.